10 rzeczy, których nauczył mnie pierwszy rok prowadzenia firmy

 

Kto jest zszokowany, że Ambience istnieje dopiero rok? A kto że już rok? Ja trochę jedno i drugie 😉

Powiem wam bez ściemy, że pierwszy rok prowadzenia firmy był dla mnie zaskakujący. Długo się przygotowywałam do założenia własnej pracowni i wydawało mi się, że wiem czego się spodziewać… Otóż nie 😉 Ten pierwszy rok był dość trudny głównie pod względami, których się nie spodziewałam. I jednocześnie łatwy w tematach, gdzie spodziewałam się, że będzie trudno. Dzisiaj opowiem wam o moich najważniejszych wnioskach, zaskoczeniach, refleksjach. A że jestem osobą, której myśli pędzą 1000km/h w trybie 24/7 – będzie tego sporo.

 

1. Największe wsparcie tam, gdzie się tego nie spodziewasz

Przygotowując się do założenia firmy rozmawiałam o tym z moimi ówczesnymi współpracownikami (z ostatniej pracy dla innego biura), ze znajomymi, z najbliższą rodziną. Jakoś tak się spodziewałam, że gdy już spełnię swoje marzenie i wystartuję z pracownią – wszyscy oni będą mnie wspierać, cieszyć się moim szczęściem i będą mi generalnie kibicować. Otóż nie. I nie chcę tutaj marudzić i brzmieć jakbym miała pretensje. Generalnie mój wniosek w tym temacie jest taki, że… ludzi to za bardzo nie obchodzi. To twoje marzenia. I obchodzą głównie ciebie. I nikt nie będzie tak bardzo podjarany tym co się dzieje jak ty. Chyba nie ma co się spodziewać niczego innego 🙂

Z drugiej jednak strony… Doznałam szoku, bo otrzymałam wsparcie ze stron, po których się tego nie spodziewałam. Znajomi, z którymi rzadko albo wcale nie rozmawiałam, rodzina mojego męża (mój teść przeczytał KAŻDE słowo na mojej stronie internetowej, a teściowa wysłała egzemplarz gazety z publikacją mojego projektu zanim w ogóle redakcja zdążyła to zrobić. I nie, nie przesłała swojego egzemplarza, tylko kupiła 2), ale także największe zaskoczenie: inni architekci. Których nigdy nie spotkałam na żywo. Z którymi nigdy nie miałam okazji rozmawiać. Nazwijmy to po imieniu: konkurencja. Oni mi okazali tyle wsparcia, że szczęka opada. Zamiast siebie samych, polecali mnie osobom szukającym architekta. Potencjalnym klientom. No szacun totalny.  Baaardzo dziękuję <3 Jako dowód dołączam screena z toną miłości <3

 

2. Zawsze znajdzie się niezadowolony klient

Choćbyś stawał na głowie. Próbował uchylić nieba każdemu. Dokształcał się w temacie obsługi klienta, user experience i starał się być zawsze maksymalnie profesjonalny. Choćbyś robił bardziej szczegółowe projekty wykonawcze niż wiele pracowni. Choćbyś poprawiał 5 razy projekt, żeby osiągnąć święty Graal czyli tzw. „efekt wow”. Choćbyś wydawał kupę kasy na bardzo drogi program do wizualizacji, żeby były one jak najlepsze. Choćbyś ślęczał nad budżetem, żeby był jak najlepiej zagospodarowany. Zawsze się znajdzie niezadowolony klient. Po prostu. Zawsze. Bo żaden projekt czy usługa nigdy nie będą doskonałe. Zawsze jest miejsce na jakąś poprawę. I to jest coś, co my – przedsiębiorcy, usługodawcy – musimy wziąć niestety na klatę. I nie obrażać się, tylko wyciągać wnioski.

Ale to chyba nie jest moim głównym zaskoczeniem. Największym chyba jest to, jak bardzo różni są klienci. Jak bardzo trzeba dostosowywać do nich język komunikacji i sposób działania, by zwiększyć szansę, że wszyscy będą zadowoleni. Jak bardzo nie ma uniwersalnego sposobu na to, żeby było dobrze. Że nie tylko każdy projekt to nowa historia, ale też każdy klient to nowa historia. Proponując to samo jeden będzie zachwycony, drugi oburzony. To jest fascynujące i przerażające jednocześnie. I wciąż próbuję się w tym odnaleźć 🙂

 

3. Haters gonna hate

Ah, wzdycham na samą myśl, pisząc to. Temat hejterów był we mnie obecny przede wszystkim w pierwszych miesiącach prowadzenia firmy. Teraz już się na nich uodporniłam, ale wciąż zdarza się, że podnoszą mi ciśnienie. Dla osób, które planują założyć firmę i działać w social mediach to będzie ważne: SPODZIEWAJCIE SIĘ HEJTU. Niezależnie od tego co będziecie robić. To nie jest kwestia tego, czy coś zasługuje na hejt czy nie. On był, jest i będzie. Taka natura internetów. 

Ale o co chodzi? Często, szczególnie publikując na tematycznych grupach (bo na fanpage’u mam wspaniałą publiczność <3), gdzie trafiam do szerszego grona odbiorców, moje projekty czy wpisy otrzymują przeróżne reakcje. Czasem hejterzy piszą jakieś pseudo-zabawne komentarze typu: „To wygląda jak tani glamour dla polskiej partii robotniczej” (autentyk). Zdarzają się też hejty dotyczące praktyczności danych rozwiązań. Np. o umywalce stawianej na blacie ktoś kiedyś napisał tak: „umywalka mistrzostwo, absolutnie najbardziej niepraktyczna jaka w zyciu widzialam. dajmy jej rok a potem trzeba bedzie wypluta paste do zebow spojona z zarostem pana domu dlutem ze szczelin pod umywalka wydlubywac. czad” No nie wiem, mam taką umywalkę od 2 lat i jeszcze nic nie wydłubywałam. Ale cóż. No i krótkie, niewymagające klasyki. Gdy w poście zapytam „czy podoba wam się…..” – zawsze ktoś odpowie „nie”. Gdy zapytam „czy wolicie wersję A czy B” – zawsze ktoś odpowie „żadną”. Ostatnio pod jednym postem na dużej grupie tematycznej, w którym zapytałam „Mieszkalibyście w takim wnętrzu?”, dostałam komentarz: „pytasz bo co?”. Na co inna internautka odpisała „a ty pytasz bo co?”. Ah, mówię wam, internet to piękne miejsce.

Podsumowując, nie myślcie, że to przeżywam, bo już się przyzwyczaiłam. Serio. Ale piszę o tym, bo w pierwszych miesiącach był to dla mnie szok. I ciężko mi było sobie z tym poradzić. Jako osoba rzadko pisząca i czytająca komentarze nie miałam wcześniej pojęcia, że hejterzy to nie tylko 12-letnie dzieci, ale też dorośli podpisani imieniem i nazwiskiem, często osoby z branży. No cóż. Jest jak jest. Jeśli planujesz założyć firmę i działać w social mediach – przygotuj się psychicznie 🙂

 

4. Wszystko sprowadza się do projektów

Gdy startowałam z firmą długo rozkminiałam nazwę firmy (miałam parę pomysłów przed Ambience), czy polsko-, czy angielsko-języczna, jakie logo, jaka strona internetowa, jakie teksty na stronie. O boże a na blogu o czym będę pisać? Czy w ogóle jest sens zakładać bloga? I czy powinnam dawać zdjęcie na stronę o mnie? A co jeśli wyjdę na wszystkich zdjęciach jak kupa? Czy mam być pro czy bardziej luźna na tym zdjęciu? Jak napisać ofertę? Co dawać na facebooka? O których godzinach publikować? Jak zachęcać ludzi do interakcji? Ile wizytówek wydrukować? (Pffff podpowiedź: zero) Ile ulotek wydrukować? (O boże ulotki! Zero!) Jaki budować wizerunek firmy? Jaką komunikację marki wybrać? Czy inwestować w reklamy? Jeśli tak to w jakie i ile? W ogóle co jak gdzie kiedy???

Każdy kto rozpoczynał firmę pewnie pamięta, że tak to kiedyś było. Człowiekowi się wydawało, że logo czy wygląd wizytówki mają znaczenie. Uchylę wam rąbka tajemnicy: nie mają.

Byłam z miesiąc-dwa temu na inwentaryzacji w Warszawie. Spotkałam się tam z klientami, którzy są bardzo fajnymi ludźmi i współpraca jest zupełnie bezproblemowa. I nie, nie piszę tego dlatego, że się zorientują, że to o nich 😉 W trakcie spotkania byliśmy mniej-więcej w połowie projektu, to znaczy powstały już wizualizacje, a przed nami były rysunki wykonawcze. W rozmowie wyszło mimochodem, że klienci bardzo do serca wzięli sobie znalezienie odpowiedniego architekta i w związku z tym przesłali zapytania do ponad 100 (!) wybranych pracowni. Szczęka mi opadła. Robili coraz większą selekcję, odrzucili najtańsze i najdroższe pracownie, dopytywali o szczegóły współpracy, zostało kilka najlepszych do ostatecznego wyboru. W tym Ambience. Zapytałam co zadecydowało o tym, że zdecydowali się akurat na współpracę ze mną? W tym ostatnim etapie selekcji? I usłyszałam: „Po prostu najbardziej nam się podobały pani projekty”. Tylko tyle i aż tyle. I to uczy, że nie jest ważne, co dokładnie masz na stronie internetowej, w ofercie, czy bierzesz 30zł/m2 więcej czy mniej. Jakie jest twoje logo i co masz na facebooku. Na koniec o wszystkim decydują projekty. 

 

5. To co publikujesz w sieci trafia do prawdziwych ludzi

Ja wiem, że to może jest trochę głupie. Ale jakoś tak zawsze mam poczucie, że internet to jednak trochę równoległa rzeczywistość. I znajomości internetowe to zupełnie co innego niż znajomości w prawdziwym życiu. Dlatego też trochę ciężko mi ogarnąć umysłem, że te 7000 obserwatorów Ambience na facebooku to prawdziwi ludzie. Każdy z nich ma życie, zainteresowania, obserwuje stronę z większym lub mniejszym zainteresowaniem. Czyta wszystko, albo zerknie na jakiegoś posta raz na miesiąc. Z jednej strony wydaje mi się to abstrakcyjne, a z drugiej strony przecież wiem, że tak jest 🙂

Do czego zmierzam: publikując treści na blogu czy na fanpage’u warto zdać sobie sprawę z tego, że trafiają one do potencjalnych klientów. Nie do „jakichś” ludzi. Te statystyki to nie tylko liczby. Faktycznie tysiące osób te treści widzi, czyta, lajkuje, hejtuje, udostępnia dalej. Dlatego warto zastanowić się nad tym, co faktycznie publikujemy. Jak to wpłynie na odbiór firmy, jaki komunikat wyśle w świat. Wiem, że może się to wydawać banalne. Ale budując firmę od zera łatwo przyzwyczaić się do myśli, że i tak „nikt przecież tego nie będzie czytał”. Łatwo przyzwyczaić się do małych zasięgów, nawet jeśli w kilka miesięcy ewoluują w dość spore. Dlatego trzeba myśleć nad tym, co się publikuje, a nawet nad tym, jakie komentarze zostawia się w internecie. To wszystko ma znaczenie i buduje albo niszczy markę.

Moją największą porażką w temacie publikacji był artykuł „Darmowy projekt łazienki”. Zastanawiałam się, czy go nie zdjąć z bloga, ale ostatecznie tego nie zrobiłam. Mleko już i tak się rozlało. Otóż. W skrócie: wpis mówi o tym, na jakich zasadach kupuje się w salonach łazienek „darmowe” projekty łazienek, jak taka współpraca zwykle wygląda, jakie są jej potencjalne wady. Wszystko opisane na podstawie regulaminów dostępnych w internecie i moich rozmów z pracownikami salonów. Niby nic a jednak – mnóstwo ludzi było oburzonych. Oczywiście były to osoby pracujące w salonach łazienek lub wręcz prowadzące takie salony. Niemniej jednak mój wpis ani przez sekundę nie miał intencji nikogo obrażać czy oburzać. Nawet mi to nie przyszło do głowy, że wpis może okazać się tak kontrowersyjny. Drugą porażką w temacie było to, że po wpisie dostałam kilka zapytań o projekty samodzielnych łazienek. Co też nie miało dla mnie większego sensu, bo na tym etapie miałam już dość sporą kolejkę klientów i właśnie podejmowałam decyzję o wprowadzeniu limitu na minimalną ilość metrażu, od którego podejmuję się zlecenia. Z pozytywów: sporo osób się z wpisem zgodziło i dziękowało mi za poruszenie tematu. Z perspektywy czasu mam jednak poczucie, że lepiej by było gdyby artykuł nigdy nie powstał, ale człowiek uczy się na błędach. 

PS. Dlatego od paru miesięcy publikuję rzadziej, bo za każdym razem stresuję się jak zareagujecie. Here, I said it.

 

6. Prowadzenie firmy zajmuje mnóstwo czasu

MNÓSTWO. Zanim założyłam firmę pracowałam na etacie, a oprócz tego po godzinach robiłam pojedyncze projekty dla indywidualnych klientów. Byłam tak zwanym freelancerem. I wydawało mi się, że skoro wiem ile zajmie mi pełen projekt od A do Z, to po założeniu firmy moje życie będzie wyglądało podobnie. Po prostu będę robić tylko projekty dla indywidualnych klientów i zajmie to miejsce etatu.

Otóż nie. (Sformułowanie „otóż nie” jest oficjalnym sponsorem tego posta). 

Jak rozpisywałam się dokładniej w artykule Jak wygląda praca architekta wnętrz – cz.3 – własna pracownia, do moich zadań należy dużo więcej rzeczy niż wcześniej. Pracując na etacie oraz jako freelancer, 95% mojego czasu pracy to było po prostu robienie projektów przed komputerem. Teraz to mniej niż 50%. Na co idzie pozostała połowa czasu? Na marketing, firmowe social media, bloga, aktualizację strony internetowej, aktualizację stron na portalach branżowych, planowanie pracy, planowanie rozwoju firmy, pisanie umów, kontakt z prawnikiem, ściganie plagiatów, odbieranie wieeelu telefonów, pisanie wieeelu maili, oferty dla potencjalnych klientów, spotkania z klientami, księgowość, ogarnianie pracowników zdalnych, rekrutacje, kontakt z portalami i magazynami wnętrzarskimi. I pewnie jeszcze parę innych rzeczy, o których zapomniałam.

Wniosek: nie spodziewaj się, że prowadząc firmę będziesz mieć zbliżoną wydajność do tego, jak gdy pracowałeś na etacie. We własnej firmie zawsze jest sporo do zrobienia. Szczególnie jeśli aktywnie działasz, a nie czekasz z założonymi rękami aż klienci sami do ciebie przyjdą. Jeśli jesteś na początku drogi i zdarza ci się nudzić – celebruj to! Ciesz się póki trwa <3

 

7. Za dużo stresu i za dużo myślenia

Mogę śmiało powiedzieć, że przez ten pierwszy rok prowadzenia działalności nauczyłam się o sobie samej więcej niż przez pozostałe lata życia. Serio. Nie chcę tutaj być dołująca ani jechać z patosem, ale prowadzenie firmy jest, cholera, emocjonalnie trudne. I mam wrażenie, że nikt o tym nie pisze. Albo przynajmniej ja na takie treści nie trafiłam. Planując założenie pracowni natrafiłam na mnóstwo treści na temat marketingu, przyciągania klientów, jak planować czas i finanse, jak ustalać ceny, budować ofertę, budować markę, również osobistą. I ta wiedza była dla mnie bardzo przydatna, bo jako architekt z wykształcenia, nie miałam żadnej wiedzy na te wszystkie tematy. 

Ale nikt nie pisze o emocjonalnej stronie biznesu. O tym, jak prowadzić biznes, żeby się nie wykończyć psychicznie. O tym, że jest to znacznie trudniejsze niż ogarnięcie tych wszystkich merytorycznych kwestii. O tym, że na początku człowiek jest przerażony tym, że nie będzie miał klientów. A jak już ma klientów, to przerażony tym, że będą niezadowoleni i być może zostawią negatywną recenzję. O tym, że może teraz są klienci, ale co, jak więcej ich nie będzie i firma splajtuje. O tym, że jak się chce zrobić wszystko podręcznikowo od pierwszego dnia (kupno legalnych programów + wynajem reprezentacyjnego biura w centrum + pracownicy na umowę o pracę) to są to kosmiczne pieniądze i trzeba wybrać jedno. O tym, że to „podręcznikowo” wcale nie musi być celem i sposobem dla każdego. O tym, że człowiek czuje niesamowicie ogromną odpowiedzialność za wszystko co się dzieje z firmą. I presję, bo jeśli ta firma nie wypali, to co ze sobą zrobię? Wrócę na etat? Nie wiadomo co gorsze.

Przez ten pierwszy rok prowadzenia działalności odkryłam, że jestem cholerną perfekcjonistką i zdecydowanie za dużo myślę. Bo o firmie myślę (myślałam) non stop. Również na urlopach, w weekendy, po północy gdy nie umiałam zasnąć. Pozytyw jest taki, że człowiek się do tego przyzwyczaja i się trochę uodparnia. Nabiera dystansu i powoli uczy się zajmować też czymś innym. Bo w którymś momencie trzeba zrozumieć, że ciągłe stresowanie się wszystkim nie sprawi, że będzie lepiej. I nie zrozumcie mnie tu źle: duży stres nie musi być wynikiem kłopotów w firmie. Moja firma przez ten rok rozwinęła się dużo bardziej i została dużo lepiej odebrana przez środowisko oraz klientów niż miałam śmiałość marzyć. Ale tutaj nie chodzi o to co obiektywne. Emocje to najbardziej subiektywna część człowieka. Podsumowując: jeśli planujesz założenie firmy, wiedz, że nie będzie łatwo. Nawet jeśli będziesz odnosić sukces za sukcesem, jeśli masz tendencje do stresu i perfekcjonizmu, masz przewalone 😉

 

8. Autentyczność

Oczywiście skrycie (już nie) jestem przerażona publikacją tego tekstu. Bo sporo w nim elementów negatywnych. A ludzie nie lubią czytać takiego marudzenia. Ale wiem, że przez wielu ten tekst zostanie bardzo dobrze odebrany, bo jest po prostu autentyczny.

Jak planowałam start firmy to słuchałam między innymi podcastów o archetypach marki. Jeśli jesteście ciekawi co to jest, odsyłam do opisu Pawła Tkaczyka. Chodzi w nich o to, jaki charakter i sposób komunikacji z odbiorcami będzie miała marka. Czyli de facto – jaki będzie chciała zbudować wizerunek. Czy bardziej luźny, czy ekspercki, może z elementem tajemnicy. Pewnie jak ktoś pracujący w marketingu czyta mój nędzny opis to mu oczy krwawią 😉 Do celu: tworząc firmę zastanawiałam się jaka ona ma być. Jaka JA mam w niej być. W jaki sposób pisać posty, co w nich pisać, jak odpisywać na komentarze. Największe moje pytanie brzmiało: czy mogę być sobą i być jednocześnie profesjonalna? I na szczęście odpowiedź, jak się z biegiem czasu przekonałam, brzmi TAK. 

Od lat oglądam na youtube kanały o tematyce urodowej. Widziałam już tyle tutoriali makijażowych, że naprawdę oglądanie kolejnych nie ma dla mnie wartości merytorycznej, bo po prostu już nauczyłam się tego co się mogłam nauczyć. Ale. Wciąż oglądam te same kanały i słucham o kosmetykach często niedostępnych w Polsce, których i tak nigdy nie kupię. Dlaczego? Bo lubię twórców tych kanałów. Tak zwyczajnie po ludzku lubię. I niezależnie czy opowiadają coś o swoim życiu, czy tłumaczą po raz tysięczny jak się blenduje cienie na powiece – ja chętnie słucham. I ta obserwacja skłoniła mnie do rozkminy dlaczego tak jest. Otóż w związku z tym, że youtube działa już bodajże od 14 lat, ludzie rzadziej przychodzą na niego po merytoryczne treści, bardziej przychodzą dla twórców. Dla ich osobowości. Niezależnie od tego jaki filmik akurat nagrali. Czy wygłupiający się, mówiący językiem potocznym youtuber będzie dla mnie słabszym makijażystą? Nie. Moja wiara i szacunek w jego umiejętności nie mają nic wspólnego z osobowością. A więc mogę kogoś bardzo lubić lub nie – i równolegle uważać go za profesjonalistę lub nie.

Dla tych, do których nie trafia argument youtubowy, mamy w naszym pięknym kraju Panią Swojego Czasu. Która słynie z autentyczności i tego, że nie próbuje się wszystkim przypodobać. Czy ktokolwiek wątpi w związku z tym w jej profesjonalizm? Nie. A wręcz lepiej się słucha/czyta jej treści, bo nie ma kija wiadomo gdzie.

Jak zaczynałam bloga stresowałam się tym, jak zostanie odebrany. Czy nie oczekujecie bardziej treści jak z drukowanego magazynu, edytowanych przez profesjonalistów, takie ą ę. Ale zostały dobrze odebrane. Nawet bardzo dobrze. I pomyślałam, że byłaby to porażka, gdyby dany klient poznał moją firmę od strony tej swobodnej komunikacji, umówił się na spotkanie, a tam zastał mnie – smutną panią w garsonce i rajstopach. Fu. 

Podsumowując: jeśli zastanawiasz się jaki masz być i jaka ma być twoja firma – po prostu bądź sobą. Firma to ty, więc nie wymyślaj jej od zera, bo wyjdzie to sztucznie. Nie udawaj kogoś kim nie jesteś. Chyba, że jesteś totalnym burakiem, wtedy udawaj.

😉

 

9. Czas to pieniądz

Kiedyś to stwierdzenie niewiele dla mnie znaczyło. Teraz już nie zarabiam określonej kwoty za miesiąc, tylko tyle ile mi się uda zarobić. W efekcie wszystko przeliczam na roboczogodziny, a je na konkretne kwoty. Wiem ile powinnam zarobić na godzinę. Ale też wiem, że są projekty, które idą błyskawiczne, a są też takie, które trwają dwa razy dłużej niż powinny. No i oczywiście spędzam mnóstwo czasu na tak zwanym prowadzeniu firmy, które nie przynosi wymiernych zarobków. Nikt mi nie płaci za wrzucanie postów na firmowego facebooka 😉

Dlaczego to ma jakieś znaczenie? Takie podejście uczy dyscypliny. Szczególnie jak ktoś lubi pieniądze. Ja pracuję standardowo 7 godzin dzienne. Jest to taka ilość godzin, w których mogę się w 100% skupić i być maksymalnie wydajna. Gdy pracowałam na etacie zawsze ta ostatnia godzina w pracy była strasznie wymęczona, dlatego ją sobie odpuszczam. To oznacza, że jeśli umówię się na przykład do lekarza w środku dnia i cała wycieczka razem z dojazdem zajmie mi 2 godziny – zarobię tego dnia dwie siódme mniej niż bym mogła. Jeśli spędzę cały dzień w pociągu bez zasięgu w dniu roboczym – zmarnuję kilka godzin, w których mogłabym zarabiać pieniądze.

Do czego zmierzam? Prowadzenie firmy nauczyło mnie samodyscypliny i dużego szacunku do czasu. Szczególnie do czasu wolnego – bo nie mam zamiaru wieczorem odrabiać tej dwugodzinnej przerwy na lekarza. Dążę do tego, by wszystko optymalnie rozplanować i zmieścić w 7 godzinach pracy dziennie, jakie sobie daję. Ta pełna wydajność pomaga nie tylko zapanować nad finansami i kalendarzem projektów, ale też pomaga oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Samozatrudnienie uczy, żeby w godzinach pracy nie zajmować się pierdołami, tylko faktycznie zarabiać pieniądze 🙂 

 

10. Biznes to budowanie relacji

Możesz robić najlepsze projekty, ale jeśli jesteś burakiem wobec klientów – twoja firma nie odniesie takiego sukcesu jak by mogła. Budowanie relacji z klientami i umiejętności miękkie to coś, czego cały czas się uczę. Nie jestem w tym żadnym mistrzem, ale pierwszy rok prowadzenia firmy zdecydowanie nauczył mnie, jak bardzo są one istotne. 

Dlaczego?

Mam taką myśl obserwując generalnie rynek usług, że jak ktoś ma gdzieś zadowolenie klientów i ma gdzieś czy projekt, który zrobi będzie jakkolwiek dobry – po prostu nie powinien pracować w usługach. Nie wszystko jest dla każdego. Serio. Jeśli pracujesz na etacie i uwielbiasz projektowanie wnętrz, ale nienawidzisz kontaktu z klientami i żyła ci pulsuje gdy chcą coś zmienić w twoim najlepszym na świecie projekcie – nie zakładaj firmy. Nie rób sobie tego i nie rób tego swoim klientom. 

I ostatnia rada: niezależnie od wszystkiego pielęgnuj w sobie asertywność. Wszystkie moje kłopoty i wątpliwości w kontaktach z klientami zawsze sprowadzają się do asertywności. Moim zdaniem jest ona tym mitycznym kluczem do zdrowych relacji i wiecznej szczęśliwości 🙂 

 

A wy prowadzicie własne firmy? Czego was nauczyły początki w biznesie? Podzielcie się w komentarzach na dole 🙂

Powróć do listy wpisów