Zapowiadając serię „Jak wygląda praca architekta wnętrz” zapytałam Was, czy ciekawiłby Was wpis o mojej drodze zawodowej – od pierwszej myśli typu kim chcę być w przyszłości – aż do własnej firmy. Zareagowaliście entuzjastycznie i pomyślałam, że publikacja może być jednocześnie zamknięciem serii oraz zamknięciem celebrowania pierwszych urodzin Ambience. Jeśli jeszcze nie widzieliście urodzinowego posta o 10 rzeczach, których nauczył mnie pierwszy rok prowadzenia firmy, koniecznie nadróbcie zaległości!

 

Kim chcesz być, jak dorośniesz?

Jako dziecko oczywiście fantazjowałam o zawodach typu piosenkarka 😉 Ale dorastając wiedziałam, że tego typu plany są mało realne i zastanawiałam się nad tym, co realnie chciałabym, a przede wszystkim potrafiłabym robić. W związku z tym zapytałam kiedyś moją mamę, kim powinnam być z zawodu w przyszłości. Ona zapytała: „A z jakiej kategorii miałby to być zawód? Jakie umiejętności miałby wykorzystywać?”, na co ja odparłam: „Fajnie by było, gdyby łączyło matematykę i rysowanie”, a ona na to: „No to zostań architektem.”

No to zostałam 😉

A tak zupełnie poważnie, ta rozmowa utkwiła w mojej pamięci na dużo dłużej, niż pewnie moja mama mogła się wtedy spodziewać. Dlaczego? Jako dziecko czy nawet nastolatka nie miałam pojęcia jak wyglądają faktyczne zawody w praktyce. Jakich umiejętności wymagają, w czym mogę być dobra. Jak wygląda taka codzienność osoby pracującej w danym zawodzie. Ale zaufałam, że skoro matematyka + plastyka = architektura, to będzie dobrze 🙂

 

Studia

Nie mając zielonego pojęcia o architekturze, przygotowywałam się do zdawania na ten kierunek na Politechnikę. Oczywiście żeby się dostać, nie trzeba mieć wiedzy z faktycznej architektury, tylko kilka dobrych wyników w matur i wysoką ocenę z egzaminu z rysunku odręcznego. I na tym też się skupiłam. Gdy byłam w trzeciej klasie liceum i teoretycznie wszystkie decyzje zostały podjęte, odkryłam kanał telewizyjny „DOMO”. O Jezu co to była za rewolucja. Te zagraniczne programy! Te amerykańskie wnętrza! Moją ulubienicą była Candice Olson, której wnętrza teraz nie robią na mnie aż takiego wrażenia, ale wtedy, gdy byłam mieszkanką pokoju z drewniano-niebieskim kompletem mebli z laminatu, szczęka mi opadała za każdym razem gdy widziałam jej metamorfozy. 

Tak w ostatniej chwili zrodziła się wątpliwość: wnętrza czy architektura?

Ktoś gdzieś powiedział, że po architekturze można pracować we wnętrzach, ale po wnętrzach już nie bardzo w architekturze. I tego postanowiłam się trzymać. Poszłam na Architekturę i Urbanistykę na Politechnice Krakowskiej. Wciąż nie mając pojęcia o architekturze, taki fun fact. 

Na studiach na szczęście okazało się, że architektura fajna jest, że jest mnóstwo przepięknych ciekawych budynków poza domami-kostkami, domami-pseudo-dworkami i blokami z wielkiej płyty, które dominowały i trochę dalej dominują polską architekturę mieszkaniową. Okazało się, że można projektować super rzeczy, poznawać na wykładach fantastyczne projekty światowych architektów, że mechanika budowli to w sumie czysta matematyka (yay!), że układanie sensownych rzutów budynków to taka trochę łamigłówka, a modelowanie w programach graficznych to dużo lepsze Simsy. Spodobało mi się. Nawet bardzo. Ale i tak na ostatnim roku studiów, gdy moja mama mnie męczyła „zacznij szukać pracy dużo wcześniej bo na pewno nie będą cię chcieli nigdzie zatrudnić”, moja uwaga zwróciła się też w stronę ogłoszeń pracowni wnętrzarskich.

 

Pierwsza praca

Mimo optymizmu mojej mamy, która przewidywała u mnie wielomiesięczne bezrobocie po studiach (które dotknęło niejedną moją koleżankę czy kolegę, więc nie było taką absurdalną wizją) – znalazłam pierwszą pracę w tydzień. Kończyłam właśnie piąty rok studiów, miałam przed sobą już tylko sesję i drobnostkę zwaną projektem magisterskim i obroną tego projektu. Bo nie, na Architekturze piąty rok nie jest poświęcony robieniu magisterki. Piąty rok jest wypełniony normalnymi przedmiotami w sporej ilości jak każdy inny i większość studentów zaczyna robić większe postępy w projekcie magisterskim nie wcześniej niż w wakacje po V roku. 

Projekt magisterski rodziłam w bólach przez 9 miesięcy i obroniłam na 5.0. Nie, żeby to miało jakieś znaczenie w praktyce. Temat to: Rewitalizacja Elektrociepłowni Szombierki oraz terenów przyległych. Albo coś w tym stylu, już nie pamiętam dokładnie tytułu 😉

No więc pierwsza praca.

Jeśli jesteś właśnie w trakcie szukania swojej pierwszej pełnoetatowej pracy, to wiedz, że wysiedzenie 8 godzin dziennie przed komputerem jest przez pierwszy tydzień-dwa prawdziwą MORDĘGĄ. Zupełnie nie przypomina to pracy wakacyjnej, bo uświadamiasz sobie, że to (lub prawdopodobnie coś podobnego) będzie Twoją pracą nie przez następne 2-3 miesiące, tylko DO EMERYTURY. I wtedy pojawia się depresja postudencka 😉

Jeden z moich pierwszych projektów jako architekt wnętrz – lato 2014

 

Czego nauczyła mnie pierwsza praca w branży?

Zdecydowanie można powiedzieć, że rozpoczynając pracę w pierwszej pracowni podchodziłam do wszystkiego bardzo idealistycznie. Wyobrażałam sobie, że moja szefowa będzie moim autorytetem, że będę mogła się do niej lub kogoś innego zwrócić z dowolnym pytaniem, że bardzo dużo się nauczę, że będzie im zależało na jak najlepszym przeszkoleniu mnie, że firma będzie świetnie zorganizowana i wszystko będzie chodzić jak w zegarku. Nie wchodząc w szczegóły – myliłam się 🙂 Najciekawszą chyba sprawą było to, że po moich dwóch miesiącach pracy w firmie szefowa zaproponowała mi awans w związku z odejściem z firmy mojego ówczesnego przełożonego (który był młodszy ode mnie i strasznie nie umiałam wtedy tego przeżyć – ah, szczeniackie problemy). Miałam nadzorować prawie wszystkie projekty, wszystkich pracowników-projektantów (około 5-8 osób), spotykać się z prawie wszystkimi klientami, bardzo często jako jedyny reprezentant firmy. Oczywiście byłam połechtana tą propozycją, szczególnie że w zespole były osoby bardziej doświadczone niż ja. Szybko dokończyłam magisterkę i wkrótce objęłam proponowane stanowisko. Niestety nikt mnie nie próbował nauczyć jak rozmawiać z klientami, jak nadzorować projekty i tak dalej, więc wypełniałam nowe zadania intuicyjnie. Patrząc na to z perspektywy czasu widzę, że to była masakra w biały dzień, no ale cóż 🙂 W pewnym sensie lubiłam swoje nowe obowiązki, bo generalnie lubię mieć dużo na głowie, lubię robić ambitne rzeczy (a wtedy to mi się takie wydawało). W którymś momencie jednak zauważyłam, że nie mając już za bardzo czasu na samodzielne projektowanie, poświęcając się głównie mailom, telefonom i nadzorowaniu współpracowników, odbieram sobie możliwość nauczenia się tego, co jest dla mnie najważniejsze, czyli faktycznego projektowania. A na tym mi najbardziej zależało. Szczególnie, że od początku miałam taki plan wobec swojej kariery, że teraz nauczę się jak najwięcej, przeniosę się do lepszej pracowni, będę lepiej zarabiać, nauczę się jak najwięcej, znowu przeniosę się do jeszcze lepszej pracowni, będę jeszcze lepiej zarabiać i tak dalej, i tak dalej… I trochę mi się to udało 😉 W trakcie pracy w tej pierwszej pracowni często siedziałam po godzinach i wracałam do domu zupełnie wyczerpana. Praca na tak wysokich obrotach przez tyle godzin dziennie oduczyła mnie pracoholizmu, a przynajmniej w tym ilościowym wydaniu 🙂 Gdy teraz ktoś mówi o siedzeniu po godzinach, pracy w weekendy, albo najgorsze – nocami! Zawsze myślę o tamtym czasie i o tym, że ja już etap pracoholizowania się nadmiarem godzin mam za sobą. Już się w to nie bawię 🙂

Fun fact: szefowa proponując mi awans na dużo bardziej odpowiedzialne stanowisko zaproponowała w związku z tym podwyżkę wysokości 100zł. Tak, dobrze widzicie, nie brakuje tam zera na końcu. To tak jakby ktoś się spodziewał, że projektanci zarabiają kokosy 😉

 

Druga praca

Postanowiłam, że skupię się na projektowaniu i doszlifuję swoje umiejętności dotyczące rdzenia mojego zawodu. Przeniosłam się do nowej firmy, znalezienie nowej pracy zajęło mi tydzień. Kolejny raz myślałam, że znajdę w szefostwie autorytet, świetną organizację, fantastyczne źródło wiedzy. Znowu się myliłam. Za to doświadczyłam takiego mobbingu, którego nie zapomnę do końca życia. Więc nie będę się tutaj rozpisywać.

Równolegle z pracą w drugim biurze urządziłam swoje pierwsze mieszkanie, co dało mi bardzo dużą wiedzę o projektowaniu niskobudżetowym (walczyłam o każdą złotówkę ;)) oraz o realizacji projektu i faktycznej, bezpośredniej współpracy z wykonawcami. Zdecydowanie możliwość zrealizowania swoich pomysłów na własnej przestrzeni oraz codziennego sprawdzania jak się je użytkuje (a nie wszystko było super praktyczne i funkcjonalne) dało mi najwięcej wiedzy z całego tego okresu mojej kariery.

Realizując projekt mojego własnego mieszkania też zupełnie nieświadomie przyciągnęłam swoich pierwszych indywidualnych klientów – miałam świadectwo swoich umiejętności w skali 1:1 😉

 

Zdjęcie mojego pierwszego mieszkania – kwiecień 2016

 

Zanim zdążyłam przenieść się do następnego biura, zaprojektowałam też i zrealizowałam wnętrza kolejnego mieszkania – mojego, teraz już, męża – w którym obecnie mieszkamy. Dla przypomnienia – możecie je zobaczyć w wakacyjnym numerze Czterech Kątów lub tutaj 🙂 Projekt powstał pod koniec 2016 roku,  gdy jeszcze trend eleganckich wnętrz raczkował. Mimo to udało mi się, kolejny raz – niskobudżetowo, zrealizować fajne (moim zdaniem) wnętrza. Nieśmiało nadające kierunek przyszłej stylistyce Ambience poprzez wykorzystanie neutralnych kolorów, motywu miedzi oraz marmuru.

 

Zdjęcia realizacji naszego obecnego mieszkania w magazynie Cztery Kąty

 

Trzecia praca

Znaleziona tradycyjnie w tydzień. 

Biuro, które obserwowałam od dłuższego czasu na facebooku i gdy tylko zobaczyłam, że jest z Krakowa, postanowiłam, że będzie to mój przyszły pracodawca. Znowu podeszłam do wszystkiego ideologicznie, widząc przepiękne wizualizacje myślałam, że nauczę się robić takie same (well that didn’t happen). Miałam nadzieję, że pierwszy szef-mężczyzna będzie fajnym powiewem świeżości po kobietach-szefach. Po poprzednim pracodawcy jednak poprzeczka – nawet nie można powiedzieć, że była zawieszona nisko. Ona leżała na ziemi. Serio. Więc ostatecznie ostatniego biura nie wspominam tak źle 🙂 

Tutaj wreszcie przyszedł czas na szlifowanie umiejętności projektowych. Wreszcie stylistyka, która mi się szczerze podobała, w której bardzo dobrze się czułam. Po pewnym czasie się znudziłam, ale na początku cieszyłam się nią jak małe dziecko 🙂 Ponieważ poprzednie doświadczenia zawodowe sprawiły, że mogłam zupełnie samodzielne robić projekty od A do Z, tak też było. W pewnym momencie szef powierzył mi sprzedażowe wizualizacje wnętrz małego mieszkania w kamienicy. Na całe mieszkanie dał mi 8 godzin. Powiedział, że mogę zrobić w nim coś innego, niż typowa stylistyka biura. Jak patrzę dzisiaj na te wizualizacje, to myślę, że wtedy urodził się styl Ambience w pełnej krasie 🙂 Cały projekt możecie zobaczyć tutaj lub klikając na wizualizację poniżej.

 

Narodziny stylu Ambience – wrzesień 2017

 

Równolegle zaczęło się do mnie zgłaszać coraz więcej indywidualnych klientów. Do mnie jako do freelancera. Po godzinach i w weekendy działałam nad dodatkowymi projektami. Tak wiem, mówiłam, że pracoholizm mam za sobą. Ale to była dodatkowa kasa, która robiła różnicę. Początkowo miałam dwa zlecenia rocznie od indywidualnych klientów. Jakieś pojedyncze zlecenia od innych architektów na same wizualizacje (czego nie rozumiem, bo wtedy moje wizualizacje były koszmarne). Później było tego coraz więcej.

Zaczynając pracę w trzecim biurze powiedziałam do mojej siostry, że popracuję tam i założę własną firmę. Nie wiem skąd mi się wzięło tak konkretne postanowienie, ale już wtedy czułam, że to jest właściwa droga. W sumie na etatach w tych trzech biurach pracowałam przez 4 lata i 2 miesiące, mniej więcej po równo w każdym (koło rok-półtora). Po 7 miesiącach w biurze nr. 3 postanowiłam, że zakładam własną pracownię. Przygotowywałam się do tego przez następne 9 miesięcy. I kid you not. Przeszłam też na mniejszą część etatu, by wyrobić się z dodatkowymi, prywatnymi zleceniami. Klientów było już na tyle dużo, że wierzyłam, że firma ma szansę zarabiać od pierwszego miesiąca.

 

Jeden z większych projektów robionych po godzinach, początek 2018 roku

 

Przygotowania

I teraz wreszcie coś ciekawego w tym wpisie 😉 Chyba.

Wszystkie swoje rozkminy i pomysły zapisywałam na końcu kalendarza. Mój kalendarz miał format A5. Początkowo spodziewałam się, że zapiszę jakieś dwie strony. Zapisałam 17. Co na nich było (kolejność wg kalendarza, czyli kolejność plus minus odwrotna do chronologii powstawania notatek – w którymś momencie pisałam już gdziebądź, więc ciężko się w tym połapać):

Dopiero jak to wszystko spisałam, przemyślałam, przesłuchałam wszystkie podcasty Małej Wielkiej Firmy, czułam się mniej więcej gotowa do założenia własnej firmy. Jakie były moje obawy? Przede wszystkim brak klientów. I chłodne przyjęcie moich projektów. Na szczęście już pierwsze nieśmiałe publikacje na grupach na facebooku w okresie przygotowań pokazały mi, że moja ulubiona stylistyka projektowa też przypada do gustu wielu osobom. Zauważyłam, że im bardziej jestem zadowolona z danego projektu, tym bardziej on się podoba klientowi i szerszej publiczności. To dało mi taką bazę zaufania dla samej siebie, że sobie poradzę. No i oczywiście fakt, że miałam indywidualnych klientów jeszcze przez założeniem firmy sprawił, że miałam zaufanie, że będę miała co robić 🙂

 

Po co mi w ogóle firma?

W tym wszystkim nie napisałam Wam o tym, czemu w ogóle chciałam założyć firmę? Wydaje mi się, że kluczem tutaj była decyzyjność. Jestem osobą, która bardzo poważnie podchodzi do swojej kariery. Może to jest górnolotne określenie, ale wiecie o co mi chodzi. Nie jestem z tych, co przychodzą na 8 godzin, odbębniają byle jak swoje obowiązki i wracają do domu. Zawsze zależało mi na tym, żeby jak najwięcej się uczyć, by docelowo być jak najlepsza w tym co robię. Ale niestety w pracy na etacie same projekty to nie wszystko. Jako perfekcjonistka (ale chyba raczej z tych zdrowych) zawsze przeżywałam frustracje, gdy widziałam bardzo słabą organizację firmy (a organizację mam we krwi, więc nie rozumiałam jak w firmie może panować chaos). Wkurzałam się, gdy szefostwo źle traktowało klientów, przez co oni byli niezadowoleni i ja nie byłam już w stanie tego później odkręcić. Albo wręcz przeciwnie – gdy szefostwo nie dbało o jasne zasady współpracy i w związku z tym po raz dwudziesty (dosłownie) wprowadzałam poprawki do tego samego projektu, bo czemu by nie zobaczyć jeszcze kolejnej wersji. Miałam poczucie, że firmy w których pracowałam były kiepsko zorganizowane, zasady współpracy z klientami nie były jasne, nie było transparentności, pracownicy byli traktowani często jak debile (przepraszam za dobitność), a ja w tym wszystkim nie miałam żadnego prawa głosu. Moje pomysły na rozwiązywanie bieżących firmowych problemów nie były brane pod uwagę, w jednym z przypadków samo przyznanie na głos, że firma nie jest doskonała, wywoływało święte oburzenie. Generalnie czułam się w tym wszystkim malutka i nieszanowana. Nie chcę tutaj dramatyzować, ale tak po prostu było. Moje umiejętności nie były doceniane i sporo z nich się marnowało (co w pełnej krasie zrozumiałam później). I nie zdziwiłabym się, gdyby wielu pracowników etatowych z bardzo różnych branż miało podobne spostrzeżenia. Mam poczucie, że sporo małych firm (piszę o małych, bo tylko w takich pracowałam) jest prowadzonych na oślep, przez osoby które są specjalistami w swoich dziedzinach, ale nie za bardzo znają się na prowadzeniu firmy samym w sobie i byciu dobrym szefem. I chyba w wielu przypadkach po prostu nie przywiązują do tego wagi. 

No ale. Po co mi ta firma? Żeby mieć decyzyjność. Żeby móc tworzyć markę, a nie tylko firmę. Żeby mieć 100% wpływu na ofertę, umowę i ogólny wygląd współpracy z klientami. Żeby móc próbować swoich sił w marketingu, ustawianiu reklam, pisaniu bloga. Żeby móc poświęcać czas na rzeczy, które nie przynoszą bezpośrednio dochodu, ale budują firmę. Żeby decydować o wizerunku marki i moim własnym. Żeby móc budować firmę w taki sposób jaki chcę. Żeby móc popełniać własne błędy i zastanawiać się, jak je naprawiać. Żeby przyjmować te zlecenia, które mnie interesują, a nie wszystkie jak leci. Żeby móc tworzyć zespół, w którym pracownicy nie będą traktowani jak idioci. Żeby móc decydować o sposobie gaszenia bieżących pożarów. Żeby tworzyć taką komunikację marki, która mi najbardziej odpowiada. Żeby mieć kontakt z fanami firmy oraz klientami i budować z nimi relacje. Żeby mieć pedantycznie rozpisany kalendarz i dzięki niemu (prawie) nigdy nie zawalać terminów. Żeby projektować w stylu, który mi się podoba. Żeby tymi projektami przyciągać klientów, którym podoba się moja praca, dla których nie jestem jakimś totalnie przypadkowym architektem. Żeby zarabiać wyraźnie więcej niż na etacie. Żeby móc iść z psami o 10:00 i o 14:00 na spacer bez buczenia szefa nad głową. Żeby móc odpowiadać tylko przed klientami, a nie przed szefem. Żeby nigdy więcej nie wydzierać z gardła szefowi podwyżki. Żeby cieszyć się kontaktem z zadowolonym klientem. I uczyć się na błędach dzięki niezadowolonym klientom.

 

Kurde, chyba wyszło trochę pompatycznie. Przepraszam. Idę bawić się z psami 🙂 

 

Powróć do listy wpisów