Jak w każdej branży, w świecie architektury wnętrz są specjaliści lepsi i gorsi. Można znaleźć sporo fantastycznych osób, które tworzą z prawdziwą pasją i widać w nich autentyczną chęć rozwoju. Ale można znaleźć też sporo osób, które właściwie nie wiadomo dlaczego są akurat w tej branży. Dzisiaj poruszymy właśnie ich temat. Bo sam fakt ich istnienia jest dość nieszkodliwy, dopóki… No właśnie. Dopóki nie znajdzie się klient, który wyda mnóstwo pieniędzy i poświęci mnóstwo czasu na projekt, który będzie się nadawał jedynie do kosza. A takich rozczarowanych klientów jest więcej, niż się wydaje.

Czego dowiesz się z tego wpisu?
– jakie są najczęstsze wady spotykane u architektów wnętrz?
– co może być czerwonym światłem, gdy szukasz projektanta?
– na co zwrócić uwagę, zanim wybierzesz architekta wnętrz tylko na podstawie portfolio?

Zaczynamy!

1. Duże ego

Z jednej strony to jest zabawne, z drugiej tragiczne. Gdy pracowałam na etacie dość często obserwowałam, szczególnie u szefów, nastawienie “Ja jestem najmądrzejszy”, “Nasza firma jest najlepsza”. W jednej z pracowni, gdy zaczynałam pracę, szef powtarzał, że są najlepsi w Polsce. No delikatnie mówiąc nie byli. Gdy półtora roku później żegnałam się z tą firmą, szef już miał przekonanie, że są najlepsi na świecie. Bez ironii. Chyba nie muszę mówić, że nie miało to za bardzo nic wspólnego z rzeczywistością?

W pewności siebie nie ma nic złego. Ale jeśli ego jest tak duże i absolutnie nie idzie w parze z chęcią rozwoju, z autentycznymi umiejętnościami czy właściwie z czymkolwiek – co by to ego podparło – mamy problem.

Duże ego obfituje w trudne sytuacje również z potencjalnymi klientami. Wielokrotnie obserwowałam na grupach facebookowych, które służą między innymi do umieszczania postów o poszukiwaniu architekta wnętrz, wylew jadu w komentarzach. Bo nie da się tego inaczej nazwać. Za każdym razem, gdy w poście było cokolwiek, do czego można się było doczepić, garstka profesjonalistów podpisana imieniem i nazwiskiem rzucała się na autora posta. A broń Boże, żeby ktoś poprosił o darmową poradę… Wtedy zaczynała się chłosta, a gdy jakiś architekt udzielił tejże porady (np. 2-3 zdania w komentarzu) – wówczas sam był najgorszy na świecie. Wiem, bo sama w ten sposób bywałam najgorsza na świecie 😉 Zdesperowana, głupia, niszcząca rynek, sr*jąca do własnego gniazda itd. itd. Moim zdaniem to właśnie problem ze zbyt dużym ego, które z założenia potrzebuje być karmione przez świat zewnętrzny. A jeśli nie jest, zaczyna się wylewanie jadu na kogokolwiek, kto akurat się napatoczy.

2. Uczenie się “na własnych błędach”

Kiedyś już o tym pisałam, ale powtórzę to jeszcze raz. Jest to ważne i chcę, żebyście zapamiętali: praca architekta wnętrz nie jest łatwa. Generalnie wydaje mi się, że łatwych zawodów jest może garstka na świecie i jeśli coś się wydaje łatwą kasą, to się tylko taką wydaje. Ale dlaczego to warto powtarzać? Bo zainteresowanie branżą rozbudzone programami telewizyjnymi pokazuje tylko część rzeczywistości architekta wnętrz i łatwo sobie wyobrazić, że taki projektant to jest od dobierania kolorów, układania poduszek na sofie, stawiania wszędzie świeżyć kwiatów w wazonach. Albo w drugą stronę – że architekt jest jednocześnie wykonawcą, stolarzem i z chęcią sam przyjdzie Ci pomalować ściany.

Żeby być dobrym architektem wnętrz trzeba mieć naprawdę dużą wiedzę na temat rozwiązań technicznych, właściwości materiałów, ergonomii, funkcjonalności. Trzeba mieć dużą wyobraźnię przestrzenną i generalnie głowę do przewidywania sobie nie tylko zalet, ale też wad danych rozwiązań, nawet jeśli nigdy wcześniej nie mieliśmy z nimi styczności. Wiedza techniczna to worek bez dna i nawet architekci z bardzo dużym doświadczeniem muszą poszerzać ją na bieżąco w miarę rozwoju branży i pojawiania się nowości na rynku. Największym problemem jest jednak to, że cała ta wiedza jest bardzo trudno dostępna. Oczywiście w internecie można znaleźć sporo informacji, ale 70% z nich będzie błędna. I nie będziesz wiedzieć, które 70% 😉 Dlatego by zostać dobrym projektantem, trzeba chociaż kilku lat doświadczenia i nauki od kogoś, kto chce się tą wiedzą dzielić. Bo naprawdę przepracowanie w tej branży wielu lat i nienauczenie się zbyt dużo nie jest wyczynem. Niestety.

Do czego zmierzam?

Jednym z największych grzechów architektów wnętrz jest samodzielne robienie projektów od A do Z lub nawet zakładanie własnych firm w momencie, gdy nie są na to jeszcze gotowi merytorycznie. Czasem projektanci zakładają własne pracownie nie przepracowawszy ani jednego dnia w studiu projektowania wnętrz. Robią wszystko intuicyjnie. I o ile biznesowo nie musi to być od razu samobójstwem, o tyle uczenie się aspektu technicznego na bieżąco jest już koszmarem. Głównie dla klientów. No bo jak taki projektant ma się dowiedzieć, że zrobił coś źle, jeśli nie ma szefa, który by go poprawił? Ano dzięki telefonowi klienta z budowy, że czegoś się nie da zrobić, że coś jest źle zaprojektowane. Dzięki telefonowi w momencie, gdy jest już za późno. Gdy projekt został zakończony, opłacony i okazuje się, że ma mnóstwo błędów. Brzmi fatalnie, prawda?

3. Projektowanie pod siebie

Typowy błąd nowicjusza, który z niektórymi zostaje na zawsze. Niestety. Projektowanie tak, żeby to autorowi się podobało, a klientowi – być może, w drugiej kolejności – nie jest rzadkością. Szczególnie gdy w portfolio nie ma zbyt wielu projektów, powstaje chęć zrobienia czegoś subiektywnie fajnego, co będzie świetnie wyglądało właśnie w portfolio, przyciągnie kolejnych klientów, takich jakich dany architekt chce przyciągnąć. I robienie projektów do portfolio nie jest niczym złym. Wręcz zachęcam do tego, by poświęcić trochę wolnego czasu na zrobienie czegoś, z czego będziemy super dumni, a niekoniecznie zarobimy na tym pieniądze. Ale jeśli takie ambicje idą kosztem realnego klienta, który płaci za projekt przykładowo w stylu industrialnym, a dostaje wnętrza pałacowe ociekające złotem – bo akurat to projektantowi w duszy gra – coś jest mocno nie tak 🙂

4. Nadwrażliwość na punkcie własnych “dzieł”

To też “grzech”, który najczęściej widać u osób zaczynających w branży. Ponieważ nie mają zbyt wielu projektów za sobą, przeżywają każdy z nich jakby rodzili dziecko 😉 Każda decyzja projektowa jest istotna, kolor przemyślany 14 razy, meble i materiały pieczołowicie dobrane. Projekt wypieszczony w 100%, duma rozpiera. I co się dzieje dalej? Klient mówi, że tak średnio mu się podoba i sporo rzeczy chce zmienić. No ale jak to? Przecież projekt taki wypieszczony, tyle dni poświęconych, by wyszedł fantastycznie… I ja? Ja mam poprawiać? Coś co jest doskonałe?

Na szczęście sporo osób przyzwyczaja się do tego, że ich projekty ostatecznie mają się podobać przede wszystkim klientom, a nie im samym. Nie bez bólu, ale w końcu godzą się z koniecznością wprowadzania poprawek. Z czasem nabierają zrozumienia do faktu, że każdy ma inny gust i nie jest to coś nakierowanego przeciwko im. Po prostu klient chce, żeby mu się wszystko w 100% podobało. Gdy pojawia się to zrozumienie, architekt może zacząć wreszcie współpracować z klientami zamiast funkcjonować na zasadzie “ja kontra oni”. 

PS. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kogo serduszko nie zabolało, gdy pierwszy raz dostał dłuższą listę poprawek do projektu 😉

5. Ukierunkowanie na pieniądze

Kiedyś do mojej koleżanki, która również prowadzi własną pracownię projektową, przyszli klienci początkowo zdecydowani na inną firmę. Ale byli na spotkaniu i się rozczarowali. Jak sami powiedzieli, całe spotkanie było rozmową o liczbach. Właściciel firmy nie powiedział nic poza tym, co będzie ile kosztować. Godzinna rozmowa o cenach projektów. Klienci wyszli z niesmakiem i trafili do mojej koleżanki, której pracownia na szczęście nie kręci się wyłącznie wokół pieniędzy 🙂

Nawet jeśli nie do końca chcemy to przyznać, jeśli ktoś jest w danej branży (jakiejkolwiek) tylko dla pieniędzy, będzie to widoczne na zewnątrz. Może nie od pierwszej sekundy, ale będzie widoczne. Oczywiście nie oszukujmy się – nikt nie żywi się powietrzem i pieniądze nie śmierdzą. Za wykonaną pracę należy się wynagrodzenie. Nie ma tutaj wątpliwości. Ale gdy cała firma jest zbudowana wyłącznie na chęci zarabiania jak największych kwot – może to wiązać się z gorszą jakością usług/produktów, ze słabszą obsługą klienta, z kiepskim traktowaniem pracowników. Podobno cel uświęca środki…

6. Produkcja taśmowa

Ręka do góry, kto zna chociaż jedną pracownię projektową, której projekty są wszystkie podobne do siebie? Zawsze ta sama podłoga? Te same krzesła w większości projektów? Identyczne kolory? Ciągle powtarzające się lampy? Ile znasz takich pracowni, że gdy skrolujesz portfolio ciężko jest stwierdzić, gdzie kończy się jeden projekt, a zaczyna następny?

Oczywiście nie ma nic złego w posiadaniu jakiegoś stylu. Nie ma też nic złego w wykorzystywaniu tych samych mebli czy lamp w więcej niż jednym projekcie. Oszalelibyśmy, gdyby w każdym projektowanym wnętrzu musiał być inny kolor farb. Pierwszy projekt wykorzystałby szarości, drugi beże, a wszystkie kolejne musiałyby już mieć same intensywne barwy na ścianach. Już widzę zachwyt klientów 😉

Niemniej zdarza się, że architekci przekraczają pewną cienką linią i zaczynają namiętnie kopiować samych siebie. Nie próbują już nawet być oryginalni, tylko każdy następny projekt jest zlepkiem poprzednich. Możemy to nazywać konkretnym stylem i konsekwencją. Ale w świecie branży kreatywnej, mi to bardziej przypomina anty-kreatywną produkcję taśmową. Biznesowo – fantastyczne. Pod każdym innym względem trochę słabe.

7. Klient nasz Pan? No chyba nie…

To jest grzech, który irytuje mnie najbardziej. Bo nawet będąc nastolatką bardzo bardzo wkurzała mnie zła obsługa klienta. Gdy jakaś pani kasjerka traktowała mnie jak petenta – przeżywałam to 10 razy mocniej niż ktokolwiek kogo znam. Potrafiłam mieć zepsuty humor na kilka godzin. I dalej tak mam. Pogardliwe spojrzenia czy olewactwo doprowadzają mnie do szału.

I pewnie dlatego, gdy zakładałam własną firmę, nikt nie musiał mnie przekonywać do dbania o klientów. Ani do tego, że dobra obsługa klienta jest absolutną podstawą, a nie opcją dodatkową. W efekcie gdy widzę czy w swojej branży, czy w jakiejkolwiek innej, fatalne podejście do klienta, mówiąc wprost: szlag mnie trafia.

Jakie są główne grzechy architektów wnętrz dotyczące słabej obsługi klienta?

8. Zaniżanie i zawyżanie cen

Zaniżanie cen to gorący temat, który regularnie wraca na facebookowych grupach otwartych czy zamkniętych. Co chwilę architekci oferujący projekty w cenach rynkowych są oburzeni widząc screeny ofert z różnych portali, gdzie projekt wnętrza jednego pomieszczenia jest wyceniany na przykład na 100zł. Mnie to trochę bardziej śmieszy niż oburza, bo widzę po tych projektach, że w większości przypadków zwyczajnie tyle są warte. Wcale nie więcej. Więc czemu miałyby mieć ceny rynkowe skoro jakościowo są na dość słabym poziomie?

Nie zmienia to faktu, że wiele osób temat rozgrzewa do czerwoności. Gdy tylko jakiś początkujący architekt przyzna się do niewielkich stawek, zaraz jest oskarżany o psucie rynku. Szkoda tylko, że nikt się nie zastanawia nad tym, ile faktycznie warty jest projekt początkującego projektanta. Nie mówię, że takie projekty muszą być złe i tanie. Ale też nie udawajmy, że każdy projekt każdego architekta jest taki sam. Zróżnicowanie na rynku jest ogromne, nie tylko pod kątem umiejętności, ale też zwyczajnie pod kątem oferty. Projekty mogą mieć różne zakresy, w danych miastach też ceny będą się między sobą różnić. Dlaczego więc w tak wielu przypadkach zakładamy, że niska cena jest zaniżona? Może jest właśnie adekwatna? A może niektórzy udają, że jest zaniżona, by wyeliminować konkurencję namawiając ją na zawyżone stawki? Hmmm?

Dla mnie bardziej irytującym zjawiskiem jest zawyżanie cen. Pracownie, które z nieznanych mi powodów mają ceny spoooooro powyżej cen rynkowych.  A i tak robią je zwykli pracownicy zatrudnieni na umowę śmieciową 😉 I tutaj temat jest bardziej delikatny, bo o ile łatwo powiedzieć “powinieneś się bardziej cenić”, o tyle trochę jednak chamskie byłoby powiedzenie “twoje projekty są zbyt słabe jak na tę cenę”. Ale koniec końców wszystko jest subiektywne i usługi kosztują tyle, ile klienci są w stanie za nie zapłacić.

9. Róbta, co chceta

To grzech typowo właścicieli własnych firm zatrudniających pracowników. Może nie do końca polega na pozwalaniu pracownikom na robienie tego co chcą, bo to nie musi być niczym złym, szczególnie projektowo. Gorszy jest brak kontroli aspektu merytorycznego projektów. Niestety najłatwiejszą częścią tej pracy jest zrobienie ładnych wizualizacji. Jeśli pracownik nie ma zbyt dużego doświadczenia, a jest zostawiony sam sobie i nikt nie sprawdza np. jego rysunków czy rozplanowania budżetu klienta – może się w nich pojawić bardzo dużo błędów. I nie jest to wina tego pracownika, szczególnie jeśli chce się uczyć. Jeśli nie ma nikogo nad sobą, kogo mógłby zapytać o jakiś aspekt techniczny lub dać część swojej pracy do sprawdzenia, trudno oczekiwać cudów.

A jak wiadomo na koniec najbardziej cierpi klient, który dostaje projekt z błędami nie wiedząc o tym…

10. “Inspirowanie się”

Tak. Mój “ulubiony” temat. Branża kreatywna, która w niektórych przypadkach jest zaprzeczeniem kreatywności. Zanim założyłam firmę nie miałam pojęcia o tym, jaką plagą są plagiaty i nadmierne “inspirowanie się” wśród architektów wnętrz. I jak bardzo są bezczelni w tym temacie. Gdy złapie się ich na plagiacie, zwykle odpowiadają coś w stylu: “No ale tą drugą połowę pokoju wymyśliłem sam, więc wszystko ok.” albo “A skąd mam wiedzieć że akurat ty to wymyśliłaś? Może też to od kogoś skopiowałaś? Pewnie tak!”… To jest temat, który jest tak beznadziejny, że nawet nie chce mi się o tym pisać.

Poniżej kilka ilustracji z ostatnich paru miesięcy. Przykład 1: autorka wizualizacji przyznała się bezproblemowo do inspiracji, a hasło o inspiracji Ambience pojawiło się przy publikacji na FB. W drugim przypadku (oferta) było święte oburzenie i obrzucanie mnie błotem. W końcu oferta tej pani została skorygowana na pisaną bardziej samodzielnie. Obydwa tematy były oczywiście dużo większe, ale poniżej wycinki. Sami zdecydujcie, co o tym myślicie.

Wnioski

Mimo że na rynku wnętrzarskim jest wielu fantastycznych architektów, jest też niemała garstka takich, z którymi współpraca ma większe szanse okazać się niewypałem. Poniżej kilka znaków, które dla Ciebie drogi kliencie, powinny być równoznaczne z zapaleniem się czerwonej lampki. Oczywiście ostateczna decyzja o współpracy z danym profesjonalistą należy tylko do Ciebie 🙂

Nie wróży to dobrze, jeśli architekt…

Wypatruj dobrze zapowiadających się znaków:

Dajcie znać, czy dodalibyście jeszcze coś do tej listy! Może macie zupełnie inne spostrzeżenia? Dajcie znać w komentarzach 🙂

Średnia 5.0/5 From 4 votes.
Please wait...
Powróć do listy wpisów