Kochani! Stało się. Na początku czerwca przeprowadziliśmy się do nowego domu. Wszystko wygląda świetnie i wkrótce będziecie mogli zobaczyć efekt końcowy na profesjonalnej sesji zdjęciowej :)

W dzisiejszym wpisie chciałabym zrobić podsumowanie ostatniego roku (!) i odpowiedzieć na pytania:
– Z jakich decyzji jestem bardzo zadowolona?
– Czego żałuję?
– Czy to wszystko musiało tyle trwać?
– Ile mi zajęło doglądanie budowy?
– Czy powinnam udawać, że budowa poszła gładko?

ale najpierw…

 

Kalendarium – podsumowanie

 

Z jakich decyzji jestem bardzo zadowolona?

Przede wszystkim z tego, że nie oszczędzaliśmy. Uzyskanie większego kredytu na wykończenie niż zapowiadali doradcy kredytowi w połączeniu z naszymi własnymi oszczędnościami dały naprawdę dobry budżet. Początkowo nastawialiśmy się na sporo tańszych rozwiązań, takich jak panele podłogowe zamiast deski czy laminaty drewnopodobne zamiast fornirów. Ostatecznie praktycznie w każdym miejscu, które było zaplanowane jako to elastyczne – typu: zobaczymy, czy wybierzemy tańszą czy droższą opcję – wybieraliśmy tę droższą. I teraz, po przeprowadzce, nie żałuję żadnej z tych decyzji. Nasz budżet na realizację dobił w ten sposób do 3700zł/m2 i mieliśmy to ogromne szczęście, że po prostu mogliśmy sobie na to pozwolić. 

Nie namawiam Was na to, żebyście robili tak samo. Każdy budżet jest inny i potrzeby każdego Inwestora tak samo.

Natomiast muszę przyznać, że bardzo dobrą robotę (subiektywnie) zrobiły następujące wybory:

Nie oszczędzaliśmy też przy:

Co kupiłam dość tanie:

 
Wskazówka:

Jeśli sam/a stoisz przed podobnymi wyborami i szukasz jak największych oszczędności – możesz potraktować powyższą listę jako anty-poradnik i wybrać tańsze opcje z każdego punktu (czyli np. panele, zwykłe lustra, klimatyzację tylko w wybranych pomieszczeniach lub w ogóle brak klimatyzacji). Ten sam projekt można zrealizować pilnując każdej złotówki lub podchodząc do tematu z dużą swobodą lub wręcz… rozrzutnością :) Wszystko zależy od Ciebie.

 

Czego żałuję?

Tego, że pozwoliłam, by to wszystko tyle trwało. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie spotkałam się osobiście z tym, żeby prace wykończeniowe zapowiadane na określoną ilość czasu potrwały jednak 3 RAZY DŁUŻEJ. Tak, 3 razy. Bo zamiast zapowiadanego 2,5 miesiąca, całość trwała 7,5 miesiąca. Wszystko mnie boli jak o tym myślę. 

Dla usprawiedliwienia ekipy powiem, że gdy ich zatrudniałam na początku (a była to dla mnie nowa ekipa, z polecenia zaufanej osoby) powiedzieli mi, że pracują dobrze, a nie szybko. I tego nie mogę im odmówić. Ale jeśli rozmawialiśmy jeszcze pod koniec listopada, że remont zamknie się do końca roku kalendarzowego – a prace jeszcze trwały na początku czerwca (!) to coś tutaj jest poważnie nie tak. Z mojej strony takie rozciągnięcie w czasie było bardzo niekorzystne nie tylko z tych oczywistych powodów (nie mogliśmy się zwyczajnie po ludzku doczekać przeprowadzki). Ale też czasowo było to dla mnie fatalne, bo zamiast być pod telefonem i jeździć regularnie na miejsce przez 2,5 miesiąca, musiałam to robić 3 razy dłużej. Wszystkie moje dodatkowe plany na pierwszy kwartał 2021 szlag trafił (np. start podcastu), bo fizycznie nie miałam kiedy ich zrealizować. Co więcej, przez większość drugiego kwartału też nie mogło nic ruszyć. 

Jak o tym myślę z perspektywy czasu to jestem naprawdę zła i żałuję, że wybrałam podejście pokojowe i nie-marudzące zamiast ich męczyć o to, żeby przyspieszyli tempo. Bo tempo po prostu było ultra wolne i nie da się tego inaczej nazwać.

Już nie wspominam nawet o kosztach, które ustalone na 92 000zł (robocizna + materiały budowlane) wykonawca próbował podbić do 123 600zł. Czyli ponad jedną trzecią więcej. Oczywiście wszystko po fakcie, nie konsultowane na bieżąco, że coś jednak będzie kosztować więcej. Czyli bez szansy dla mnie na zdecydowanie, czy zgadzam się na wydanie dużo większych kwot np. na materiały budowlane. Ostatecznie wynegocjowaliśmy kwotę dużo bliższą liczbie pierwotnej, natomiast cała ta sytuacja kosztowała mnie bardzo dużo nerwów i nikomu tego nie życzę. Sprawiło to też, że na pewno nie będę mogła polecić tej ekipy żadnemu mojemu klientowi. 

 

Czy to wszystko musiało tyle trwać?

Nie. 

Ale każdy, kto kiedykolwiek robił większy remont czy wykończenie ze stanu deweloperskiego wie, że ekipy rezerwuje się na długo do przodu. I jeśli nie dogadamy się z obecną ekipą, bo np. całość im zajmie dużo dłużej – raczej nie znajdziemy nikogo na ich miejsce. A przynajmniej nie na “już”. Efekt tego jest taki, że wielu klientów nie rezygnuje ze współpracy, nawet jeśli sporo w niej idzie nie tak. Bo nie mogą sobie z perspektywy czasowej pozwolić na zwolnienie ekipy.  

Tak więc czy obiektywnie wykończenie 125m2 musi trwać ponad pół roku? Nie musi. Ale czy da się łatwo uniknąć opóźnień ze strony wykonawców lub w dostawach materiałów/wyposażenia? Też nie. Szczególnie w pandemii. Jest to bardziej złożona sprawa. 

Jakie mieliśmy opóźnienia oprócz głównego rozciągnięcia prac wykończeniowych? Ano opóźnienia były ze strony stolarza, tapicera, wykonawcy zasłon, dostawcy AGD, wykonawcy drzwi loftowych, montażysty podłóg drewnianych. Więc ze strony prawie każdej firmy, jaką zatrudniłam. Witamy w świecie remontów w trakcie pandemii. 

 

Ile mi zajęło doglądanie remontu?

Na całe przedsięwzięcie poświęciłam ponad 400 roboczogodzin na przestrzeni 12 miesięcy. W tym:

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś/aś się nad tym, dlaczego realizacje pod klucz kosztują dużo więcej niż sam projekt – odpowiedź powyżej :) Opieka nad realizacją (pomijając tematy, które ogarnia sam Klient – czyli kredyt, notariusz, odbiór) zajęły mi dokładnie 2,5 razy więcej czasu niż zajął sam projekt kompleksowy. 

 

Zbliżamy się do ostatecznego pytania – takiego z rodzaju tych kontrowersyjnych:

 

Czy powinnam udawać, że budowa poszła gładko? 

Po publikacji ostatniego postu dotyczącego mojej przeprawy z Nowym domem Koniecznych (miesiące 8-11) otrzymałam komentarz na instagramie o takiej treści: “(…) Przepraszam ze to powiem ale post nie zacheca do korzystania z uslug architektow z nadzorem 😢

Moi drodzy. Ja nie prowadzę nadzorów autorskich. Ja nie robię realizacji pod klucz. Ja się tym na co dzień nie zajmuję. Ani przez chwilę ta seria postów nie miała być reklamą moich usług, bo akurat tych usług nie mam w swojej ofercie. Po prostu. 

Rozumiem jednak wizję, że jak już architekt wnętrz zabiera się za jakąś realizację, to wszystkie problemy powinny się przed nim rozstępować niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. Szczerze? Byłoby za***iście. Totalnie. Tylko że tak to nie działa. 

 

Po co bierze się projektanta do nadzoru autorskiego lub realizacji pod klucz?

Nie po to, żeby problemów nie było w ogóle, bo to jest nierealne, szczególnie w dobie pandemii. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ona naprawdę dużo zmieniła. Architekt wnętrz swoim zaangażowaniem niestety nie sprawi, że magicznie nigdy do nas nie trafi jakiś uszkodzony produkt. Że nigdy nie będzie trzeba składać reklamacji w sklepie. Że każdy wykonawca zrobi wszystko na czas, ba! nawet przed deadlinem. Że przedstawiciele handlowi nie zrobią żadnej pomyłki robiąc dla nas zamówienia. A materiały będą dostępne wtedy kiedy my chcemy, a nie wtedy, kiedy… będą dostępne. Co więcej! Nie sprawi, że jakiś wykonawca, który wielokrotnie zachwycał swoją pracą, nie da tym razem ciała. Albo firma, z którą współpracował wiele razy wcześniej, teraz zrobi bardzo kosztowny błąd.

My (architekci) naprawdę nie mamy na te rzeczy takiego wpływu, jaki chcielibyśmy. Możemy współpracować z zaufanymi wykonawcami, od lat tymi samymi, zamawiać tylko w sprawdzonych sklepach – a i tak będą zdarzały się kwiatki. Możemy mieć lata doświadczenia w realizacjach pod klucz, ale i tak nie przeskoczymy tego, że pandemia dopadła naszego zaufanego podwykonawcę i przez miesiąc wszystko stoi, bo nie ma ludzi do pracy – wszyscy są na kwarantannie. 

Po co więc zatrudniać projektanta do nadzoru albo realizacji pod klucz? Po to, żeby z całym tym chaosem i problemami nie mierzyć się samodzielnie, tylko oddać to komuś innemu. Kto nie sprawi, że problemy magicznie znikną lub że nigdy się nie pojawią – tylko zmierzy się z nimi w naszym imieniu i zrobi tak, żebyśmy nawet o nich nie musieli słyszeć. Przychodzimy jako klienci na gotowe i nie musimy nawet wiedzieć, co działo się w międzyczasie. Czy coś było reklamowane? Czy jakiś materiał przyszedł z opóźnieniem? Czy połowa ekipy remontowej była na kwarantannie? Wszystkie te problemy są poza nami, bo ktoś inny (architekt wnętrz) ogarnia całość. 

Podsumowując: realizacje pod klucz to bardzo ciężki kawałek chleba nawet dla osób, które je robią od lat. Podziwiam wszystkich, którzy na co dzień w nich działają, szczególnie odkąd wybuchła pandemia. Jest to absolutna jazda bez trzymanki i uczciwie mówiąc nie wiem jak dajecie radę. Szacun!

 

Wracając do pytania o udawanie…

Ja nie chcę udawać. Jak pisałam wcześniej, ta seria postów nie miała nigdy być reklamą. Ani udawaniem, że skoro jestem architektem wnętrz, to jak wejdę na budowę cała na biało to magicznie wszystko będzie szło jak z płatka. 

Zależy mi dużo bardziej na pokazaniu, jak to wszystko realnie wygląda. Moje pozostałe artykuły na blogu też nie pokazują koloryzowanej rzeczywistości, więc nie wiem, czemu tym razem miałoby być inaczej. Wszelakie remonty i realizacje nawet najlepiej zrobionych projektów mogą być męczarnią i źródłem ogromnego stresu. Bardzo dużo rzeczy może pójść nie tak. Tak już niestety jest. Nie bez powodu na Instagramie istnieje konto z prawie 50 tysiącami obserwatorów o nazwie na_ch*j_nam_była_ta_budowa. Które mówi wprost: budowa to wojna!

 

Z tą myślą Was zostawiam :) Dajcie znać, co myślicie!

Agnieszka Konieczna

Powróć do listy wpisów