Kochani! Dzień dobry! Już od miesiąca nie pojawił się nowy wpis, na co spuśćmy kurtynę milczenia… Niestety w Ambience tyyyle się dzieje, że moje wyrabianie się z codziennymi obowiązkami firmowymi i wobec klientów jest na granicy chaosu, więc nie ma za bardzo mowy o zajmowaniu się tematami dodatkowymi. Ale dzisiaj jest wyjątkowy dzień, bo dokładnie dwa lata założyłam firmę. I chciałam ten dzień uczcić artykułem podsumowującym nowe nauki z ostatnich 12 miesięcy :)

Rok temu też powstał taki wpis, możecie go przeczytać tutaj. Jak teraz go sobie przypomniałam, to przy każdym punkcie miałam w głowie “Baaa…… Thank you Capitain Obvious!” ;)

 

1. Zatrudnianie pracowników jest trudne? Nie. Jest zajebiście trudne.

To jest moja osobista pięta Achillesowa. I pewnie niejednego przedsiębiorcy. Robiąc swoją pierwszą porządną rekrutację rok temu wydawało mi się, że będzie jak ze wszystkim: jak bardzo dobrze się do tego przygotuję i wszystko przemyślę, zrobię to mądrze – to będzie dobrze. No i nie było. Bo czynnik ludzki jest tutaj totalnie nieprzewidywalny. I o ile nie masz lat doświadczenia z tematem, wybór odpowiedniego kandydata i później dogadanie się tak, żebyście wzajemnie nie mieli siebie dość w bardzo krótkim czasie – jest naprawdę trudny. Szczególnie, jeśli jesteś z zasady wymagającym szefem i masz określone oczekiwania, a nie januszujesz i wybierasz kandydata na zasadzie “ktokolwiek, byleby tylko pracował za pół-darmo. A jak się nie podoba, to mam 20 takich na twoje stanowisko!”

Obecnie jestem w trakcie nowej rekrutacji (link tutaj) i mam nadzieję, że tym razem pójdzie z górki :) Trzymajcie kciuki.

 

2. Marka osobista najlepiej działa w długiej perspektywie.

Zdecydowanie poziom zaufania, który obserwuję u moich klientów rośnie proporcjonalnie do tego, jak długo prowadzę swoją firmę. I jest to zrozumiałe. Im więcej projektów w portfolio, im więcej pozytywnych recenzji dotychczasowych klientów – tym łatwiej klientowi zaufać, że wybiera dobrze. I później mieć ufność też w trakcie procesu projektowego.

Zdarzało mi się na początku mieć też takich klientów, którzy na przykład powtarzali jedną rzecz kilka razy – jakby na wypadek, gdybym nie zrozumiała. I bynajmniej nie były to skomplikowane tematy. Albo zwyczajnie po ludzku wiedzieli wszystko lepiej ode mnie (albo raczej tak im się wydawało). No cóż, tak też można.

Im dłużej jednak człowiek daje się poznawać tym większa szansa, że trafią do niego osoby, które są świetnie dopasowane, i z którymi będzie się naprawdę przyjemnie i bezproblemowo pracować. Obecnie wspominam swoje czasy z pracowania na etacie z pewną gęsią skórką – bo wówczas klienci zwykle trafiali do firmy nie wiedząc, z kim dokładnie będą pracować (bo szefostwo samodzielnie nie robiło żadnych projektów), a też nie zawsze szefowie w ogóle pilnowali tego procesu projektowego czy spotykali się z tymi klientami po rozpoczęciu współpracy. Więc klient trafiał do firmy zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać i wydaje mi się, że w wielu przypadkach punktowało to mocno negatywnie.

Gdybyście się zastanawiali do czego zmierzam (bo popłynęłam totalnie ;) ) – w dużym skrócie: bardzo polecam wszystkim profesjonalistom z branży usług do budowania swojej marki osobistej. Do pozwalania klientom na poznanie siebie. I do cierpliwości w tym temacie. Bo naprawdę najlepsze plony zbiera się dopiero po pewnym czasie. Ale jest to tego warte.

 

3. Nigdy wcześniej umiejętność pracy w 100% zdalnej nie była tak cenna.

Oj tak. Pandemia dała popalić i wiele osób zostało zmuszonych do przejścia w tryb pracy zdalnej. Nie tylko dojeżdżanie do stacjonarnego biura, ale też regularne zaglądanie do branżowych sklepów i spotkania z klientami stały się delikatnie mówiąc mniej bezpieczne. 

Nigdy nie sądziłam, że będę się tak cieszyć z faktu, że jedno pomieszczenie w moim mieszkaniu jest przeznaczone na gabinet. Że ze względu na wynikającą po prostu z mojej osobowości niechęć do wychodzenia z domu zrobiłam sobie wielkie zbiorowisko próbek w tymże gabinecie. I opracowałam cały schemat współpracy z klientami, który pozwolił na kompletny brak spotkań czy wizyt na budowie – głównie ze względu na otwarcie możliwości współpracy z klientami z całej Polski i również zza granicy. 

Te powyższe elementy z dnia na dzień zaczęły być dosłownie 10 razy bardziej cenne. I mam poczucie, że niezależnie od tematów zdrowotnych – świat będzie szedł w tym kierunku. W kierunku ograniczania konieczności spotkań i zwiększania możliwości pracy z dowolnego miejsca na ziemi. Potrzebny tylko internet :)

 

4. Czasem trzeba zrezygnować z danego klienta.

Trudny temat. Ale drugi rok prowadzenia firmy częściowo przyniósł więcej odwagi w rezygnowaniu z niektórych zleceń. I przyniósł też odwagę, by otwarcie komunikować, że na przykład umowa na projekt nie jest negocjowalna. Bo to najczęściej sprawiało, że zapalała się czerwona lampka. Zaproponowanych poprawek do umowy było często po kilka-kilkanaście na każdej stronie. A ja miałam ochotę danego maila wyrzucić do kosza i nigdy więcej do niego nie wracać. Szczególnie, że proces dogadywania umowy naprawdę nierzadko trwał miesiącami. Czy na koniec tego procesu następowało szczęśliwe podpisanie umowy przez każdą ze stron? Oczywiście, że nie. A przynajmniej nie zawsze.

Dlatego te ostatnie 12 miesięcy przebiegło u mnie pod znakiem większej asertywności i postanowienia, że nie będę więcej babrać się w tych umowach. Bo to po prostu nie jest warte tego czasu, jakiego wymaga. A na koniec dnia czuję się lepiej ze sobą wiedząc, że każdy klient współpracuje ze mną na tych samych warunkach, a nie na takich, jakie mu się uda akurat wynegocjować. 

 

5. Architekt wnętrz może żyć w mieszkaniu zdemolowanym przez szczeniaki i mieć się dobrze ;)

Miesiąc przed pierwszymi urodzinami Ambience. kupiliśmy dwa szczeniaki – buldogi francuskie. Które absolutnie zdemolowały całą naszą część dzienną mieszkania. Poszły prawie wszystkie meble, podłoga, listwy przypodłogowe, ściany. Jedyne, co przetrwało, to zabudowa meblowa kuchni. 

No i co? No i nic. Wydawałoby się, że architekta wnętrz szlag trafi, jak to się wydarzy u niego. Ale paradoksalnie ja przynajmniej znam wykonawców i nie boję się procesu remontu – więc wymiana zniszczonych mebli i materiałów mnie aż tak nie rusza. Oczywiście szkoda mi na to kasy, no ale już się stało, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Codzienne buldogowe mizianko mi to wynagradza :)

 

6. Transparentność popłaca.

Pod koniec kwietnia tego roku odważyłam się na umieszczenie na stronie internetowej jawnej oferty z cennikiem projektów. Naprawdę miałam w tym temacie spore obawy i wypuszczając nową wersję podstrony byłam gotowa na to, że w każdej chwili sytuacja może mnie zmusić do wycofania się i powrotu do niejawnego cennika. Na szczęście tak się nie stało. Dzięki temu, że nasi klienci są naprawdę zadowoleni w zdecydowanej większości i ustawiają się bardzo długie kolejki kolejnych klientów – byłam w stanie na przestrzeni ostatnich dwóch lat konsekwentnie podnosić ceny. Obecnie są one raczej na wyższym końcu przedziału cen rynkowych. Jest naprawdę sporo pracowni, które mają niższe ceny niż Ambience. A mimo to nie spotkałam się z żadnym hejtem w tym temacie. Nie musiałam ani razu bronić wartości moich projektów, bo sami jesteście w stanie ją dostrzec, co jest fantastyczne. Ujawnienie cennika spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem łącznie z tym, że paru klientów potraktowało tą transparentność jako jeden z argumentów na tak. I to mnie BARDZO cieszy. Bo sama nienawidzę konieczności dopytywania się o ceny. A też bycie po drugiej stronie tej zabawy w kotka i myszkę jest mało zabawne, gdy spędza się kilka godzin tygodniowo na odpisywaniu na zapytania ofertowe od osób, które w pierwszej kolejności chcą po prostu porównać ceny. W takim układzie jak teraz wygrywają obydwie strony.

 

7. Czasem treści, które są mało atrakcyjne, są po prostu potrzebne.

Mam tutaj na myśli treści na blogu. Czasem na posty reagujecie z ogromnym entuzjazmem, a czasem przechodzą one zupełnie bez echa i niewiele osób w ogóle je czyta. Niestety często te mało atrakcyjne i mało clickbaitowe treści to rzeczy, które klienci wiedzieć powinni. Które są wartościowe, choć mało fascynujące. Które trzeba przeczytać, mimo że są w cholerę nudne. Tak to bywa :) 

Jeśli jesteś ciekaw(a) co mam na myśli, jedną z takich mało fascynujących serii jest Vademecum współpracy z architektem wnętrz. Sama umarłam z nudów to pisząc, szczególnie że ma aż 3 części. No ale czasem trzeba, są to rzeczy, które klienci wiedzieć powinni :)

 

8. Nigdy nie jesteś tak zapracowany/a, żebyś nie mógł/mogła być bardziej.

Każdy przedsiębiorca teraz kiwa głową :)

Niestety mimo manii planowania i organizacji nawet mnie nie ominął chaos, gdy pod koniec maja znaleźliśmy z Koniecznym dom, który kupujemy. Wyobrażałam sobie, że w weekendy będę robić dla nas projekt, jako że w tygodniu już miałam kalendarz wypełniony po brzegi na kilka miesięcy do przodu. Niestety projektowanie wnętrz to jedno. A tona załatwiania, rozmów z doradcami, papierologii kredytowej, wizyt na miejscu, załatwiania wycen, negocjacji ze sprzedawcą – to drugie. I to drugie zajmuje mnóstwo czasu. I nie zrozumcie mnie źle, remont rusza dopiero w październiku. 90% ogarniania przede mną. Ale i tak ilość pracy jest ogromna. I choć wydawało mi się i bez tego, że kolejne miesiące będą bardzo intensywne i nie mam czasu na zajęcie się niczym innym – pobiłam absolutny rekord i jak wyjdę z tego żywa to będzie cud ;) Już sobie zaplanowałam prawie wolne styczeń i luty, żeby jakoś dojść do siebie po przeprowadzce… Trzymajcie za mnie kciuki!

 

9. Zasady i procesy w firmie ratują człowieka.

Kiedy masz wątpliwości – zwróć się do wcześniej ustalonych zasad i procesów.

Nawet nie wiecie ile razy w ciągu ostatniego roku coś poszło lekko nie tak i moją pierwszą myślą było: no, gdybyś się trzymała procesu/samodzielnie wymyślonych wytycznych/zasad, byłoby zupełnie inaczej. Serio. Zazwyczaj są to drobnostki, ale jak ktoś choruje na perfekcjonizm to je zauważy ;) Tak więc każdej osobie, która obecnie zakłada swoją firmę – serdecznie polecam ustalenie wcześniejsze wszystkich zasad itp. Mam na myśli:

I co ważne, trzymaj się tego :)

 

10. Czasem trzeba przestać się zastanawiać i po prostu coś zrobić. (biuro Ambience)

Nie macie pojęcia ile czasu zastanawiałam się nad wynajęciem biura stacjonarnego. Ta myśl wracała do mnie kilkukrotnie w całym 2019 roku i zdarzyło mi się być o krok od wynajęcia danego lokalu. Niestety-stety jestem dobra z matematyki i z liczb jasno wynikało, że wynajęcie biura, zatrudnienie pracowników i kupienie im komputerów i legalnych programów – po prostu nie będzie opłacalne finansowo. I to tak totalnie nie będzie. 

Później przyszedł rok 2020 i wiadomo co się stało – wszystkie wizje biur stacjonarnych przestały na chwilę mieć sens.

Jednak znaleźliśmy dom, który kupujemy i do którego się przeprowadzimy pewnie w okolicach stycznia 2021. Obecnie mieszkanie zostanie puste. Możemy je przeznaczyć na wynajem, ale… jest to idealna sytuacja, by wykorzystać przestrzeń na biuro stacjonarne Ambience. Koszty są znikome (w porównaniu do 25-35 metrowych lokali w biurowcach za 4000zł miesięcznie z opłatami), a w razie czego zawsze można wycofać się okrakiem i jednak wrócić do pracy z domu, a mieszkanie przeznaczyć na wynajem. Jeśli zbudowanie sensownego zespołu mnie przerośnie, tak właśnie mogę zrobić. Oczywiście inwestycja finansowa jest tutaj nieunikniona, ale wciąż w znacznie bardziej komfortowych warunkach niż przy standardowym wynajmie.

Decyzja została podjęta. W 2021 roku Ambience zyska stacjonarne biuro.

:)

 

 

Średnia 5.0/5 From 6 votes.
Please wait...
Powróć do listy wpisów